• Jakub Krzemiński

DZIEWIĘĆ SIÓSTR

Jakub Krzemiński

Redakcja: Romana Grabowska

"...Dlaczego, więc, na piersi przyszyłeś Jezusowe Serce,

a na rękę Różaniec złożyłeś?

Dobrze że z nimi na wilki zapolujesz,

a do Boga myśl skierujesz"

Pieśń Powstańców Wandejskich

"Właśnie umieram. To ostatni rozkaz. Nie kalajcie naszej sprawy masakrą. Łaski dla jeńców"

Charles Melchior Artus de Bonchamps, powstańczy dowódca

"Trwali mocno przy Kościele (...) w kontekście wielkich napięć ideologicznych, politycznych i militarnych spoczęło na nich podejrzenie o niewierność ojczyźnie, oskarżono ich o sprzyjanie siłom kontrrewolucyjnym. Nie ma żadnej wątpliwości co do ich determinacji, nawet pod groźbą utraty życia, pozostania wiernymi temu, czego wymagała od nich wiara".

Św. Jan Paweł II o Męczennikach Wandei,

19 lutego 1984 r.


13 listopada 1791 r.

Paryż, Rue Théâtre de Drame, 2

- ...to boskie...

Wilgotne kobiece ciało na jedwabnej białej pościeli, oblekającej kosztowne łoże z mahoniowego drzewa, będące kunsztownym dziełem wyrzeźbionym przez najlepszego meblarza stolicy.

Szczupłe palce prawej ręki błądzą między rozkosznymi piersiami, lewej - między ściśniętymi pasją doskonałymi biodrami. Długie rzęsy zamkniętych oczu granicą między ekstazą i realnością.

- Boskie, co? Ha ha ha ha!

Rechot leżącego obok w wyszukanej pozie młodego mężczyzny o długich ciemnych włosach, zmierzwionych w trakcie sprawowania kultu Venus, był w równym stopniu szczerym, co cynicznym. Kobieta otworzyła oczy.

- No... proszę cię... nie czas teraz...

Mężczyzna jednak nie zdradzał w tej chwili ochoty na ponowne oddanie się przeżyciom venusowym.

- Nie czas? Teraz? Co za bzdury! Na prawdę zawsze jest czas!

W nocnym półmroku sypialni oczy mężczyzny błyskały jak u rozwścieczonego wilka.

- Boskie, mówisz? A co dał nam wasz Bóg? Co dał On mi osobiście?!

Kobieta uśmiechnęła się mrużąc oczy, no, właśnie, wsiadł na ulubionego konika. Nawet teraz. Chociaż właściwie dlaczego nawet, wszak na ten temat może rozprawiać nawet leżąc na niej.

- Kim byłem przy waszym Bogu? Nędznym adwokacikiem, bez pieniędzy, bez praktyki, o chlebie i wodzie! Czyżbyś nie pamiętała tego hałasu wniebogłosy, który podnieśli państwo Duplessis?! Tak! Twoja rodzina jak odnosiła się do mnie! Jak zareagowali na wiadomość, że chcemy się pobrać?! Nie?! A ja to pamiętam!!

Kobieta się roześmiała.

- No, no, po co takie rzeczy przypominać, teraz, kiedy jestem twoją. Masz mnie całą, czyż nie, a chcę żebyś mnie jeszcze pocieszył...

Z tymi słowami przeciągnęła delikatną rączkę do jej ulubionego miejsca na ciele ukochanego, lecz tamten gniewnie odrzucił pieszczotę o jakiej marzyło pół Paryża.

- Aha! Teraz tyś moją, jakże by nie! Teraz! Kiedy posłałem w chuj daleki waszego taniego oszusta Boga! Kiedym już nie zasranym kapitanem pierdolonej parafii, a mistrzem loży! A przeto jednym z ojców samej rewolucji! I nacji! Bom dostał władzę!!! Władzę!!! Nad całym tym krajem kurew, złodziejów, królewskich faworytek, świńskiego stada niewolników i ich pastuchów pod ciepłym skrzydełkiem Bozi!!! Władzę, bądź wszystko przeklęte!!! Nad wami wszystkimi!!!

Długie ciemne włosy rozsypały się po czole mężczyzny, przypominał sobą tym razem rozjuszonego dzika.

- Słuchaj mnie, Lucile! Dobrze słuchaj! I zapamiętaj sobie raz i na zawsze, kurwa mać!!!

Lucile zdążyła się już przyzwyczaić do takich wybryków i nagłych narracji męża, a zresztą, jej celem w tej chwili nie była bynajmniej teologiczna dyskusja. Założyła maskę pokory, nie zabierając lewej dłoni z pragnącego powtórki gorącego miejsca między biodrami.

- Żebym więcej nie słyszał żadnego słowa o waszym parszywym Bogu!!! Mam serdecznie dość bajki dla bydła! Czy słyszysz?! Jam nie chłop zawszawiony!! O, ci chłopy...

Wygląd mężczyzny stał się po prostu infernalnym. Nieziemski ogień zapłonął w oczach, widać go było nawet w tym nocnym półmroku. Jednak rozmarzoną Lucile i to nie przerażało.

- Ten przeklęty ciemnogród... Żer dla klech, królów, patrycjuszy... Psy na łańcuchu bajek z ziem saraceńskich... Żadna oświata nie naprawi tych kapuścianych łbów!

Piekielny uśmiech oświetlił czerwonym ogniem twarz za mokrymi długimi włosami.

- O, ja wiem, jak postępować z tymi reliktami przeszłych czasów! Z tym motłochem, wstydem, głazem nie do zaakceptowania na szlaku postępu! Wiem, wiem, jak otworzyć drogę nowej Francji! Nowemu światu! W którym królują Liberté, Égalité, Fraternité!

Lucile cierpliwie czekała końca tyrady piekielnej nienawiści.

- Wszystkich pod nóż. Wszystkich. Bez wyjątku. Ze starymi i małymi. Rodzinami. Wiochami. Prowincjami. Choćby pół Francji wyrżniemy! Choćby trzy ćwierci!!

Nagle rzucił się na czekającą tego tak łapczywie Lucile.

- Nowy świat będzie stał!!! Nowa religia!!! Nowy bóg!!! Tak każę!!! Ja, Lucie Simplice Camille Benoît Desmoulins, iluminat!!!

Lucile była w siódmym niebie.

4 maja 1793 r.

Wieś w Wandei

- ...Obywatele! Nadszedł czas na odwet!

Plac przy kościółku.

Pośród placu stoi wielki wóz, zaprzężony w parę dobrze utrzymanych koni, w otoczeniu żołnierzy w niebieskich mundurach, uzbrojonych w strzelby z bagnetami. Dwóch oficerów z pistoletami za białymi pasami, przy boku szpady, mundury oficerskie takiego samego niebieskiego koloru. Na trójkątnych kapeluszach u wszystkich mundurowych trójkolorowe niebiesko-biało-czerwone kokardy.

Z wozu krzyczy stojący na nim człowiek, wysoki, szczupły, o twarzy fanatyka. Ubrany po cywilnemu, szary sertuk, biała koszula z kołnierzem "żabo", czarna jedwabna krawata zsunęła się na bok, na głowie zielony aksamitny kapelusz z taką samą trójkolorową wstążką. W ręce trzyma jakiś papierek, wymachując nim przed swym ptasim nosem.

Za plecami krzyczącego mężczyzny stoi na wozie coś takiego, czego dotychczas nie widziano na tym francuskim zadupiu. Dwa grube dębowe słupy, między nimi zawiązany w węzeł mocny sznur trzyma niby w kleszczach ogromny pas żelaza, ciężki i zaostrzony jak brzytwa.

A to i jest brzytwa w rewolucyjnej perukarni.

Goli kraj.

No, i w te strony dotarła.

- ...Ot, te klechy! Oszukiwali was! Pomagali królowi i szlachcie was ciemiężyć i eksploatować! Przy pomocy bredni z wariackiej książki o nazwie Ewangelia! A teraz koniec im, obywatele chłopi! Ot, mam w ręce wyrok Trybunału Rewolucyjnego! Tu i teraz będzie się pozbawiać tych klechów ich baranich łbów!

Do wozu przywiązanych było pięciu mężczyzn. Dwóch w sutannach, trzech w habitach. Jeden w sutannie stary, siwy, reszta to młodzi chłopcy. Na twarzach skupienie, usta coś tam szepczą.

Wysoki krzykacz uniósł papierek nad kapeluszem i potrząsnął nim. Potem wskazał gestem dłoni na czarne pudło pod gilotyną.

- ...A kiedy łby klechów spadną do tego pudła, staniecie się wolnymi! Czy słyszycie? Wolnymi! Wolność przyniosła wam wielka rewolucja!

Komisarz Republiki Albert Soupont nie zwracał uwagi na wyraz twarzy słuchających go zgromadzonych na placu chłopów i chłopek. A szkoda, bo byłoby warto. Milczenie zgromadzonego chłopskiego tłumu mówiło samo za siebie, swą bezgłośną grozą. Lecz śpiewał sobie komisarz swą kogucią pieśń, jak prawdziwy kogut przed Wielkanocą, kiedy po domach szykuje się świąteczny bulion.

- Tak! Nowe życie bez klechów i szlachty, bez królów i wielkopaństwa, to wolność i szczęście!

Głos komisarza Souponta brzmiał tak, jak u śpiewaka operowego przed wzięciem koronkowej nuty, z tą różnicą, że zdecydowanie brakowało mu przesłanek na solistę oraz słuchu muzycznego.

- Vive la révolution! Vive la republique!

Komisarz Soupont zakończył swój koguci śpiew, dał znak katu w czerwonej masce i czarnym kapturze. Żołnierze rzucili się na starego kapłana, powlekli go na wóz, gdzie czekała brzytwa wielkiej rewolucji, mająca oczyścić kraj z klechów.

I jeszcze z wielu innych.

- Christus vincit! Christus regnat! Christus imperat!

Ochrypły starczy głos przykrył inny, młody i mocny.

- Merde!!!

Klątwa wyfrunęła z ust kogoś z chłopskiego tłumu. Natychmiast zabrzmiało:

- Bij!!!