• Jakub Krzemiński

DZIEWIĘĆ SIÓSTR

Jakub Krzemiński

Redakcja: Romana Grabowska

"...Dlaczego, więc, na piersi przyszyłeś Jezusowe Serce,

a na rękę Różaniec złożyłeś?

Dobrze że z nimi na wilki zapolujesz,

a do Boga myśl skierujesz"

Pieśń Powstańców Wandejskich

"Właśnie umieram. To ostatni rozkaz. Nie kalajcie naszej sprawy masakrą. Łaski dla jeńców"

Charles Melchior Artus de Bonchamps, powstańczy dowódca

"Trwali mocno przy Kościele (...) w kontekście wielkich napięć ideologicznych, politycznych i militarnych spoczęło na nich podejrzenie o niewierność ojczyźnie, oskarżono ich o sprzyjanie siłom kontrrewolucyjnym. Nie ma żadnej wątpliwości co do ich determinacji, nawet pod groźbą utraty życia, pozostania wiernymi temu, czego wymagała od nich wiara".

Św. Jan Paweł II o Męczennikach Wandei,

19 lutego 1984 r.


13 listopada 1791 r.

Paryż, Rue Théâtre de Drame, 2

- ...to boskie...

Wilgotne kobiece ciało na jedwabnej białej pościeli, oblekającej kosztowne łoże z mahoniowego drzewa, będące kunsztownym dziełem wyrzeźbionym przez najlepszego meblarza stolicy.

Szczupłe palce prawej ręki błądzą między rozkosznymi piersiami, lewej - między ściśniętymi pasją doskonałymi biodrami. Długie rzęsy zamkniętych oczu granicą między ekstazą i realnością.

- Boskie, co? Ha ha ha ha!

Rechot leżącego obok w wyszukanej pozie młodego mężczyzny o długich ciemnych włosach, zmierzwionych w trakcie sprawowania kultu Venus, był w równym stopniu szczerym, co cynicznym. Kobieta otworzyła oczy.

- No... proszę cię... nie czas teraz...

Mężczyzna jednak nie zdradzał w tej chwili ochoty na ponowne oddanie się przeżyciom venusowym.

- Nie czas? Teraz? Co za bzdury! Na prawdę zawsze jest czas!

W nocnym półmroku sypialni oczy mężczyzny błyskały jak u rozwścieczonego wilka.

- Boskie, mówisz? A co dał nam wasz Bóg? Co dał On mi osobiście?!

Kobieta uśmiechnęła się mrużąc oczy, no, właśnie, wsiadł na ulubionego konika. Nawet teraz. Chociaż właściwie dlaczego nawet, wszak na ten temat może rozprawiać nawet leżąc na niej.

- Kim byłem przy waszym Bogu? Nędznym adwokacikiem, bez pieniędzy, bez praktyki, o chlebie i wodzie! Czyżbyś nie pamiętała tego hałasu wniebogłosy, który podnieśli państwo Duplessis?! Tak! Twoja rodzina jak odnosiła się do mnie! Jak zareagowali na wiadomość, że chcemy się pobrać?! Nie?! A ja to pamiętam!!

Kobieta się roześmiała.

- No, no, po co takie rzeczy przypominać, teraz, kiedy jestem twoją. Masz mnie całą, czyż nie, a chcę żebyś mnie jeszcze pocieszył...

Z tymi słowami przeciągnęła delikatną rączkę do jej ulubionego miejsca na ciele ukochanego, lecz tamten gniewnie odrzucił pieszczotę o jakiej marzyło pół Paryża.

- Aha! Teraz tyś moją, jakże by nie! Teraz! Kiedy posłałem w chuj daleki waszego taniego oszusta Boga! Kiedym już nie zasranym kapitanem pierdolonej parafii, a mistrzem loży! A przeto jednym z ojców samej rewolucji! I nacji! Bom dostał władzę!!! Władzę!!! Nad całym tym krajem kurew, złodziejów, królewskich faworytek, świńskiego stada niewolników i ich pastuchów pod ciepłym skrzydełkiem Bozi!!! Władzę, bądź wszystko przeklęte!!! Nad wami wszystkimi!!!

Długie ciemne włosy rozsypały się po czole mężczyzny, przypominał sobą tym razem rozjuszonego dzika.

- Słuchaj mnie, Lucile! Dobrze słuchaj! I zapamiętaj sobie raz i na zawsze, kurwa mać!!!

Lucile zdążyła się już przyzwyczaić do takich wybryków i nagłych narracji męża, a zresztą, jej celem w tej chwili nie była bynajmniej teologiczna dyskusja. Założyła maskę pokory, nie zabierając lewej dłoni z pragnącego powtórki gorącego miejsca między biodrami.

- Żebym więcej nie słyszał żadnego słowa o waszym parszywym Bogu!!! Mam serdecznie dość bajki dla bydła! Czy słyszysz?! Jam nie chłop zawszawiony!! O, ci chłopy...

Wygląd mężczyzny stał się po prostu infernalnym. Nieziemski ogień zapłonął w oczach, widać go było nawet w tym nocnym półmroku. Jednak rozmarzoną Lucile i to nie przerażało.

- Ten przeklęty ciemnogród... Żer dla klech, królów, patrycjuszy... Psy na łańcuchu bajek z ziem saraceńskich... Żadna oświata nie naprawi tych kapuścianych łbów!

Piekielny uśmiech oświetlił czerwonym ogniem twarz za mokrymi długimi włosami.

- O, ja wiem, jak postępować z tymi reliktami przeszłych czasów! Z tym motłochem, wstydem, głazem nie do zaakceptowania na szlaku postępu! Wiem, wiem, jak otworzyć drogę nowej Francji! Nowemu światu! W którym królują Liberté, Égalité, Fraternité!

Lucile cierpliwie czekała końca tyrady piekielnej nienawiści.

- Wszystkich pod nóż. Wszystkich. Bez wyjątku. Ze starymi i małymi. Rodzinami. Wiochami. Prowincjami. Choćby pół Francji wyrżniemy! Choćby trzy ćwierci!!

Nagle rzucił się na czekającą tego tak łapczywie Lucile.

- Nowy świat będzie stał!!! Nowa religia!!! Nowy bóg!!! Tak każę!!! Ja, Lucie Simplice Camille Benoît Desmoulins, iluminat!!!

Lucile była w siódmym niebie.

4 maja 1793 r.

Wieś w Wandei

- ...Obywatele! Nadszedł czas na odwet!

Plac przy kościółku.

Pośród placu stoi wielki wóz, zaprzężony w parę dobrze utrzymanych koni, w otoczeniu żołnierzy w niebieskich mundurach, uzbrojonych w strzelby z bagnetami. Dwóch oficerów z pistoletami za białymi pasami, przy boku szpady, mundury oficerskie takiego samego niebieskiego koloru. Na trójkątnych kapeluszach u wszystkich mundurowych trójkolorowe niebiesko-biało-czerwone kokardy.

Z wozu krzyczy stojący na nim człowiek, wysoki, szczupły, o twarzy fanatyka. Ubrany po cywilnemu, szary sertuk, biała koszula z kołnierzem "żabo", czarna jedwabna krawata zsunęła się na bok, na głowie zielony aksamitny kapelusz z taką samą trójkolorową wstążką. W ręce trzyma jakiś papierek, wymachując nim przed swym ptasim nosem.

Za plecami krzyczącego mężczyzny stoi na wozie coś takiego, czego dotychczas nie widziano na tym francuskim zadupiu. Dwa grube dębowe słupy, między nimi zawiązany w węzeł mocny sznur trzyma niby w kleszczach ogromny pas żelaza, ciężki i zaostrzony jak brzytwa.

A to i jest brzytwa w rewolucyjnej perukarni.

Goli kraj.

No, i w te strony dotarła.

- ...Ot, te klechy! Oszukiwali was! Pomagali królowi i szlachcie was ciemiężyć i eksploatować! Przy pomocy bredni z wariackiej książki o nazwie Ewangelia! A teraz koniec im, obywatele chłopi! Ot, mam w ręce wyrok Trybunału Rewolucyjnego! Tu i teraz będzie się pozbawiać tych klechów ich baranich łbów!

Do wozu przywiązanych było pięciu mężczyzn. Dwóch w sutannach, trzech w habitach. Jeden w sutannie stary, siwy, reszta to młodzi chłopcy. Na twarzach skupienie, usta coś tam szepczą.

Wysoki krzykacz uniósł papierek nad kapeluszem i potrząsnął nim. Potem wskazał gestem dłoni na czarne pudło pod gilotyną.

- ...A kiedy łby klechów spadną do tego pudła, staniecie się wolnymi! Czy słyszycie? Wolnymi! Wolność przyniosła wam wielka rewolucja!

Komisarz Republiki Albert Soupont nie zwracał uwagi na wyraz twarzy słuchających go zgromadzonych na placu chłopów i chłopek. A szkoda, bo byłoby warto. Milczenie zgromadzonego chłopskiego tłumu mówiło samo za siebie, swą bezgłośną grozą. Lecz śpiewał sobie komisarz swą kogucią pieśń, jak prawdziwy kogut przed Wielkanocą, kiedy po domach szykuje się świąteczny bulion.

- Tak! Nowe życie bez klechów i szlachty, bez królów i wielkopaństwa, to wolność i szczęście!

Głos komisarza Souponta brzmiał tak, jak u śpiewaka operowego przed wzięciem koronkowej nuty, z tą różnicą, że zdecydowanie brakowało mu przesłanek na solistę oraz słuchu muzycznego.

- Vive la révolution! Vive la republique!

Komisarz Soupont zakończył swój koguci śpiew, dał znak katu w czerwonej masce i czarnym kapturze. Żołnierze rzucili się na starego kapłana, powlekli go na wóz, gdzie czekała brzytwa wielkiej rewolucji, mająca oczyścić kraj z klechów.

I jeszcze z wielu innych.

- Christus vincit! Christus regnat! Christus imperat!

Ochrypły starczy głos przykrył inny, młody i mocny.

- Merde!!!

Klątwa wyfrunęła z ust kogoś z chłopskiego tłumu. Natychmiast zabrzmiało:

- Bij!!!

- Zabijaj!!!

- Śmierć bezbożnikom!!!

- Ratuj proboszcza Alain'a!!!

Komisarz Albert Soupont zupełnie się tego nie spodziewał. Zaskoczony krzyknął:

- Aux armes!

- Do broni!

Ale było już za późno.

Oficerowie wyrwali zza pasów pistolety, wypalili do tłumu. Młody chłopak i babcia upadli na ziemię. Natychmiast ze wściekłym wyciem chłopski tłum rzucił się na posłanników Liberté, Égalité, Fraternité.

Coś się nie spodobało wandejskiemu ciemnogrodowi w tym Égalité przed gilotyną, z kulami i bagnetami.

Kilku młodych chłopców podbiegło do żołnierzy, wciąż trzymających starego kapłana o. Alain'a. Wyrwali swego siwego proboszcza z rąk żołnierskich, odebrali im strzelby z bagnetami. Powalili "niebieskich" na majową zieloną trawkę. Ta wkrótce zmieniła kolor na czerwony...

Resztę kapłanów natychmiast odwiązano od wozu z atrybutem wolności. Z samego atrybutu pod chłopskimi siekierami wkrótce została miazga, a ogromne ostrze legło w trawie.

Reszta żołnierzy nie zdążyła sięgnąć po swoje strzelby. Tłum był wielki, przykrył "niebieskich" jak lawina. Wśród desperatów było niemało kobiet i dziewcząt, one rwały na strzępy rewolucyjnych, wprost gołymi rękami, bezlitośnie, z całą furią skrzywdzonych. Saboty, drewniane chłopskie obuwie, rozwalało czaszki, miażdżyło ciała powalonych na ziemię pacyfikatorów od Fraternité.

Trzech mocnych chłopów kolejno wymierzało katu ciosy widłami. Ten upadłszy na młodą majową trawę, umierał chrypiąc w okropnych męczarniach. Przyjechał by umartwiać, sam został unicestwiony.

Oficerów bili wszystkim co było pod ręką. Także samymi rękami, nogami w sabotach, dusili już nie oddychających.

Najgorsze jednak czekało na komisarza. Jego rozpaczliwe wołania tonęły w ryku rozwścieczonego tłumu. Za plecami otaczających rozłożone na trawie ciało Alberta Souponta nie było widać co się z nim dzieje. Lecz po odejściu tłumu ukazał się okropny widok. Chwalca gilotyny zmienił się w bezkształtną masę skrwawionego mięsa.

Kiedy po reszcie głosicielów wolności obywatelskich pozostało to samo co po obywatelu komisarzu, spośród tłumu wstał potężny starszy chłop, bez czapki na zupełnie łysej głowie, surowe spojrzenie ciemnych oczu spod rzadkich siwych brwi. Podniósł skrwawione widły w ogromnej dłoni i donośnie krzyknął:

- Ludzie! Słuchajcie! To ja do was mówię, wasz kapitan parafii! Chodźmy do zamku! Do markiza de Bonchampsa! Niech nasz dobry senior zostanie naszym dowódcą wobec ryczącego antychrysta! Niech stanie na czele nas, Wiary obrońców!

Entuzjastyczne okrzyki były odpowiedzią. Kapitan parafii skinął mocną łysą głową i zwrócił się do ocalonych "klechów", których "łby" pozostały na określonym przez Stwórcę miejscu.

- Chodźcie z nami, ojcowie! Wstawicie się za nas przed Jezusem, a my za was przed antychrystem!

Stary proboszcz o. Alain niespodziewanie uśmiechnął się.

- Załatwione, kapitanie Pierre. Wzajemne wstawiennictwo, to niemalże Msza.

24 sierpnia 1793 r.

Las w prowincji Wandea

Szli we trzech przez las, zanurzając się w samą jego głębinę.

Jesień była już blisko, ale liściasty las pozostawał na razie zielonym, a trawa pod nogami jeszcze przypominała sobą o cieple odchodzącego lata. Lekki wiaterek także był w pełni letnim, a skinięcie koron wiekowych wandejskich dębów potwierdzało: jeszcze będzie ciepło, choćby tylko przez pewien czas. Ptasie śpiewy także o tym przypominały i świadczyły, pomimo że było oczywistym - wkrótce odleci ptactwo tam, gdzie nigdy nie bywa zimno.

Na czele trzech idących szedł siwy starzec. Mimo podeszłego wieku, ów kapitan parafialny Pierre sylwetkę miał krzepką, a krok sprężysty. Wskazywał drogę przez las, który znał od dziecka. W jego ślady szli dwaj pozostali, starszy i młodszy, w jednakowych czarnych płaszczach, pomimo że król Lato nie śpieszył ustępować tronu kolejnej królowej Jesieni.

Na piersi płaszczów był przyszyty znak.

Czerwone Serce z Krzyżem.

Na kawałkach materiału różnego koloru i jakości.

Prawdopodobnie wyciętych z czyichś tam strojów. Może płaszczów, a może jakiejś innej garderoby.

Na Czerwonym Sercu płaszcza starszego, tak i młodszego, widniały jakieś plamki podobnego koloru.

Krew poprzedniego właściciela.

Białe kokardy na kapeluszach.

- Za co nas to spotyka, ojcze Alainie?

Na zapytanie młodszego starszy wzruszył ramionami pod czarnym płaszczem z naszytym czerwonym o krwawych plamach Sercu Jezusowym na zielonym kawałku materiału.

- Za grzechy. Za cóż by innego, bracie Charles'u.

Młodszy jednak nie zamierzał się zgadzać.

- Aż tak zgrzeszyliśmy? Tak uważasz, ojcze?

Na zmarszczonej twarzy starszego ukazał się uśmiech.

- A uważam, bracie. Właśnie tak.

Brat Charles, blondyn o jaskrawo niebieskich pięknych oczach, zatrzymał się zaskoczony.

- Co takiego powiadasz, ojcze? Zawiniliśmy przed Bogiem bardziej od tych nieludzkich śmieciów, sługusów szatana, antychrystów paryskich? Jak to może być?!

Gest ojca Alaina przypomniał o tym że czas nagli, o tym samym świadczyło niezadowolone spojrzenie kapitana parafii Pierre'a, który obejrzał się na dyskutujących duchownych. Przemierzali dalej sierpniowy wandejski las.

- Nie tylko może być, bracie mój Charles'u. Tak właśnie jest. Na nieszczęście, tak. Chcesz wiedzieć dlaczego? A więc.

Głos starego wiejskiego proboszcza stał się smutny i cichy.

- Czyżbyś chciał powiedzieć, że przed tym infernalnym sabatem, diabelską rewoltą, naśladowaliśmy tak stale Chrystusa, tak wiernie Mu służyliśmy? Nie, więcej powiem: czy uważasz żeśmy nie popełniali za królów najgorszych, najcięższych grzechów, między innymi śmiertelnych?

Tym razem mnich franciszkanin, brat Charles, milczał.

- Otóż to. Wspomnij sobie chociażby czasy Jego Eminencji kardynała Richelieu. Wszechobecne szpiegostwo, ocean donosów, intrygi, represje w całym kraju. Szydercza piosenka: "szpiedzy tam, szpiedzy ówdzie, co w łóżku mym, znane jest kardynałowi". W całym kraju to śpiewali. A czy tylko to? Publiczne egzekucje. Morderstwa, samobójstwa, powszechna rozpacz, wzajemna nienawiść, podejrzliwość. Brak zaufania do człowieka - i Boga. A to tylko jeden przykład, mój drogi.

Młody mnich żarliwie bronił swego zdania:

- Ale, ojcze Alainie! Co ma wspólnego nawet ówczesna richelieuwszczyzna z obecnym piekłem?! Z totalną masową zagładą, zaplanowaną z bestialską premedytacją?! Czy do porównania gwardia kardynalska z jakobinami? Tamci pierwsi to źli ludzie, a ci drudzy? Nie bestie nawet! Tylko owady. Diabły, szatany, istoty piekielne!

Ciężkie westchnienie starego kapłana, pamiętającego różne okresy swego duszpasterstwa.

- Ech... Przecież wiesz: opętaniem kieruje swoista logika. Ta lucyferska. Jeden śmiertelny grzech rodzi sto nowych. Nawet tysiące. A jeżeli taki grzech popełnia konsekrowany... Mon Dieu...

Na czole ojca Alain'a, i tak pomarszczonym, pojawiła się głęboka bruzda, i zastygła między brwiami.

- Bracie... kiedy osoba duchowna, konsekrowana, ma kochanice i kochanków, tonie w rozkoszy, obżarstwie i pijaństwie, służy władcom świata, a nie Stwórcy świata, nie Jego stworzeniom, nie Jego prawdzie, kłamie, oszukuje, dba o władzę, o gromadzenie potężnych bogactw na ziemi - to plucie w Niebo. A spróbuj no plunąć w Niebo? Tam przecież nie trafi, tylko spadnie na ciebie. Razem z kamieniami i piorunami. Jak teraz...

Młodzieniec mnich ponuro milczał patrząc w barczyste plecy kapitana Pierre'a, idącego przodem. Był pogrążony w niewesołe rozważania. Potrząsnął głową.

- Lecz dlaczego ten nieprawdopodobny koszmar dopadł właśnie nas? Nasz kraj? Czy w innych krajach kler tak nie grzeszył? Tamtejsi władcy? Czy z tych najgrzeszniejszych nasz nieszczęsny król? Niechaj mnie Pan nasz ukarze, ale: czy w samym Watykanie są tylko aniołki? Odpowiedz mi, ojcze...

Westchnienie ojca Alain'a było tak głębokie, jakby starzec kapłan chciał wchłonąć do swych płuc całe świeże leśne powietrze końca lata jednego z najstraszniejszych okresów francuskiej i światowej historii.

- A jakże by nie... Nasi nieszczęśni monarcha i królowa bynajmniej nie najgorsi wśród władców tego świata. I nie oni budowali bajecznie rozkoszny Wersal na kościach poddanych, na tle głodu i nędzy. Nie oni ustalili faworytyzm, nie ich wynalazkiem są intrygi, marnotrawstwo, brak prawa, sprawiedliwości, tortury w tajemnych zaściankach, place straceń i wojenki na granicach. Nie tylko kapłani i biskupi francuscy sprzedawali Chrystusa za trzydzieści srebrników bogactwa, polityki, rozpusty i władzy. A Watykan jest pogrążony w tym wszystkim od licznych wieków. Ale!..

Kapitan Pierre znowu obejrzał się i twarz jego przybrała wyraz niezadowolenia na głos swego proboszcza, który stał się donośnym.

- ...za wszystkie grzechy władz, stare jak nowe, zapłacą nasi król z królową! A za wszystkie grzechy kleru i Świętego Kościoła - my! Kler francuski! Za grzechy możnych - francuska szlachta, sama Para Monarsza! A za tych wszystkich razem - chłopi i cały naród francuski!..

Ojciec Alain w rozpaczy wykrzyknął:

- A czy wiecie dlaczego tak jest?! Bo loża Dziewięć Sióstr, ognisko i źródło całej tej śmiertelnej zarazy, - to loża jednak francuska!!

Teraz zatrzymał się już i kapitan Pierre.

- To tak sobie myślisz naprawdę, czcigodny księże proboszczu? Że to my Francuzi powinniśmy odpowiadać i ponieść okropną karę za grzechy całego świata? Za przebrzydłych wolnomularzy? I to sprawiedliwym, twym zdaniem?

Czcigodny ksiądz proboszcz energicznie potrząsnął siwą głową.

- Coż ty, kapitanie Pierre! W żaden sposób! U Pana naszego to Jego sprawiedliwość, po pierwsze. A po drugie... Nie! Nie my jedni powinniśmy zostać ukarani za grzechy świata. I nie nas jednych ukarano...

Głęboka zaduma pogłębiła zmarszczkę na czole kapłana, prostą i ostrą jak strzała.

- Czy znacie taki kraj: Polska? O! Tamci zostali okrutnie ukarani. Za swoje grzechy, jak całego świata. Utracili swoją Ojczyznę. Utracili wolność. Utracili domy, rodziny, zostali wygnańcami, oraz na własnej ziemi. Przez intrygi tych samych lóż, także rodzimych. Przez knucia Zakonu Jezuitów. Tak, tak, za te grzechy również płacimy okropną cenę, - jak tamci bracia zapłacili. Ich prześladuje się za Wiarę w zaborze ruskim. I cóż czynią w takim razie Polacy, polscy katolicy, bracia nasi?..

Kapitan Pierre słuchał milcząc. Młodzieniec mnich również.

- ...Barscy Konfederaci! Czy wiecie, kto to był? Walczyli o Wiarę Świętą! O Boga, Honor, Ojczyznę. Nie na życie, a na śmierć! Oni ponieśli porażkę - jak to się mówi i uważa. A tak naprawdę, zwyciężyli! Bo walka o Wiarę to nie sprawa jednej bitwy! Czy nawet wojny!

Oczy starego księdza zapaliły się takim płomieniem, że słuchacze nakreślili znak krzyża.

Jednocześnie.

- Gdzie teraz idziemy, Pierre, ty kapitanie parafii leśnej? Mszę Świętą idziemy odprawiać! Tak, w lesie! Prosto pod niebem Pańskim! By bliżej mieć do Chrystusa i Raju! Cóż to takiego bowiem przyszyto na naszych płaszczach, na samej piersi? Co to jest, to czerwone, Krwią świętą i nas grzeszników krwią przesiąknięte? Serce to Jezusowe!!!

Oni poszli dalej w głąb sierpniowego lasu wandejskiego.

Bo to Serce na ich piersiach będzie się biło nie ustając.

Nawet kiedy w ich piersiach serc bicia ustaną.

17 października 1793 r.

Cholet, Wandea

Przed tą bitwą każde wojsko modliło się do swego patrona.

Ci z Sercem na piersi i białymi kokardach modlili się do Jezusa Chrystusa i Maryi Panny.

Tamci "niebiescy" o trójkolorowych kokardach na trójkątnych kapeluszach modlili się do tego, kto u tych od Liberté, Égalité, Fraternité nosił skromniutkie imię "Istota Najwyższa". W lożach ten się nazywa jednak trochę inaczej, "Wielki Architekt", dla tych o wielkim stopniu wtajemniczenia już zupełnie inaczej, "Orael, Naamael" czy "Jud Hej Waw Hej", tak po hebrajsku, bliżej do pierwszeźródła. No, a dla reszty niewtajemniczonych ten "najwyższy", czy tak naprawdę najniższy - siedziba jego przecież jest na samym dnie piekieł - od dawna znany tak po prostu, Lucyfer.

Chrystus jest zawsze silniejszym od tego "najwyższego". Lecz bywa tak że Jego plan potrzebuje udania słabszego. Jednych stawiać na próbę, drugich złudzić, - drudzy to od tego "najwyższego", no, oczywiście.

Tym razem nie było potrzebnym Synowi Bożemu, również Ojcu i Duchowi Świętemu udawać słabszych.

Obecnie Ich planem był cud.

I stał się.

Wojsko Charles'a markiza de Bonchamps'a, uzbrojone w kosy na sztorc z jedną strzelbą na dziesięciu chłopów, jakie utraciło trzeć wojaków w poprzednich bitwach, zmiażdżyło "niebieskich" z ich strzelbami i armatami. Mimo ponad dwukrotnej przewagi liczebnej tych ostatnich.

W taki sposób "Istota Najwyższa" tego dnia przedstawiła się w swej prawdziwej roli wiecznego pechowca.

Miała wielkiego pecha czyli.

Miażdżącego.

W skutek bitwy do niewoli dostała się reszta po zniszczonym wojactwie "Istoty", a było ich wielu.

I nie byli to tylko żołnierze.

W wojsku markiza de Bonchampsa był pewien wojak, Gustave Dugare, chłop wandejski z małej wioski. Miał wówczas wielką rodzinę.

Żona Claudine.

I dziewięć córek.

Dwa miesięcy temu do ich wioski wdarli się nośnicy Liberté, Égalité oraz Fraternité w niebieskich mundurach. Także po cywilnemu. Tamci nie brali na siebie trud propagowania nowych wartości i nowego, rzecz jasna, jak najbardziej szczęśliwego życia bez "klechów" i ich "wariackich książek". No, i oczywiście, bez Tego, Którego Słowo było w tych książkach. Pamiętali bowiem ponury los swego kolegi komisarza Alberta Soupont'a. Postąpili, więc, według reguły "Istoty Najwyższej", której wandejski ciemnogród podporządkować się nie godził za nic w świecie.

Podobnie zresztą, jak licznym oraz prawdziwie wariackim "dekretom" paryskiej władzy owej "Istoty", a tak po prostu Lucyfera.

Chłop wandejski Gustave nie miał pod ręką niczego, czym mógłby obronić swoją liczną rodzinę przed "Istotą" i wiernymi wykonawcami jej czarnej woli. Nic oprócz dwóch siekier.

Ich nie wystarczyło.

Tego dnia, więc, przeniosły się one do Nieba.

Żona Claudine.

Oraz dziewięć ich córek.

Dziewięć sióstr.

Najstarsza miała lat szesnaście, niewiasta.

Najmłodsza - niespełna roczek.

Florette.

Modestine.

Alphonsine.

Lucienne.

Bernadette.

Justinne.

Aumêrine.

Amêline.

Solange.

Sam chłop Gustave leżał nieruchomo jak trup, cały skrwawiony, pod własną chatką. To zmyliło rzeźników szatana. Obok leżały w kałuży krwi zimne już ciała żony i córek. Martwa najmłodsza Solange na rękach martwej mamy Claudine.

Gustave'a zabrali za dwie godziny chłopi z sąsiedniej wioski, kiedy Piekielna Kolumna, rzeźnicy generała Westermanna, kata Wandei, opuścili wioskę. Cudem przeżył, dzięki Bogu i wiejskiemu lekarzowi ludowemu Henriemu. Powstał z łoża śmierci, a nie miał już po co żyć. Popełnić samobójsto zabrania Wiara, więc, pozostało szukać śmierci w szeregach wojska markiza de Bonchampsa.

Ale śmierć omijała byłego chłopa, byłego męża, byłego ojca dziewięciu córek Gustava Dugare'a. Chociaż nie prosił Boga.

A teraz stał razem z innymi na polu krwawej walki. Dwie siekiery za pasem. Nie te z wioski, inne. Ale oprócz siekier nie uznawał innej broni. Też i umrzeć łatwiej, czyż nie.

Zabrzmiały rozjuszone głosy, urosły w ryk i wycie furii.

Wszyscy zobaczyli tych kto dostał się do niewoli.

Ogromny ich tłum gnali jeźdźcy de Bonchampsa, para dziesiątków na koniach, cała jazda.

Jeńców zaś było kilka tysięcy. "Niebieskie", też cywilne.

Wśród tych cywilnych Gustave Dugare rozpoznał tych, kto uczynił go byłym.

Mężem, ojcem, chłopem, gospodarzem.

Gustave wyciągnął zza pasa dwie siekiery.

W każdej ręce po jednej.

Zrobił krok z szeregu by skruszyć, rozwalić łby, w których zamieszkało takie, ot, Fraternité.

Na obu ramionach Gustave'a legły czyjeś ręce. Mocne i ciepłe.

Gustave odwrócił głowę.

Z lewej strony stał Pierre, kapitan parafii. Kiedyś wiejskiej, potem leśnej. Teraz to polowej.

Z prawej - kapłan ojciec Alain. Proboszcz wiejski, potem kapelan leśny, obecnie polowy.

Stary kapitan i stary kapłan nic nie mówili.

Nie patrzyli nawet na Gustave'a.

Wszyscy trzej zrozumieli się bez słów.

Zaciśnięte na rękojeściach siekier wiejskich palce zbielały z wysiłku. Na rękojeściach owych, widniały jeszcze ślady krwi chwalców Liberté w wersji ludobójstwa na własnych rodakach.

Tak stali we trzech.

W żarliwej, choć niemej rozmowie.

Prowadzonej nie tylko między sobą.

Również z Tym, do Kogo modlili się przed bitwą.

W szeregach rozległy się głosy zaskoczenia i bólu.

- Jezus, Maria!

- Chryste, zmiłuj się!

- Czyżby!

- Siły Niebiańskie!

- Toż to de Bonchamps!

Do szeregów zbliżali się ludzi z noszami, czterech żołnierzy. Nie było widać z dala, kto jest na noszach. Ale w miarę zbliżania się do zgromadzenia żołnierskiego krzyki niedowierzania i smutku byli coraz głośniejsze.

Na noszach leżał człowiek. Na jego sertuku czarnego koloru, na piersi i brzuchu, dziury z jakich sączyła się krew. Zalała czerwone Serce na piersi.

To był dowódca, Charles markiz de Bonchamps. Jeszcze żył, lecz ze śmiertelnie bladej twarzy i strasznych ran było widać: żyć temu człowiekowi pozostało nieliczne chwile.

Ludzie z noszami stali przed pierwszymi szeregami.

- Podnieście mnie...

Cichy głos usłyszeć mogli tylko najbliżej stojący. Dwaj jeźdźcy zsiedli z koni, podeszli do noszy. Pomogli konającemu usiąść.

Charles markiz de Bonchamps z trudem podniósł prawą rękę, na jakiej była także krew. Jego czy wroga, trudno powiedzieć.

Ręka wskazywała na olbrzymy tłum jeńców, zbity w kłąb jak owce przed ubojem.

Słaby głos zabrzmiał w zupełnej cisze.

- Właśnie umieram. To ostatni rozkaz. Nie kalajcie naszej sprawy masakrą. Łaski dla jeńców.

Po tych słowach ręka opadła. Jeszcze ciepłe ciało dowódcy powstańczego powoli opuścili na nosze.

Zakryli zgasłe oczy.

Zaś sam Charles Melchior Artus markiz de Bonchamps był już daleko.

Jeźdźcy wrócili do koni. Po kolei każdy z nich podjeżdżał do noszy, salutował swemu dowódcy szpadą. To byli szlachcice.

- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie!..

Na donośny głos ojca Alaina natychmiast zabrzmiało cicho, smutno i mocno:

- ...a światłość wiekuista niechaj mu świeci!

Ojciec Alain, brat Charles i jeszcze jeden kapelan polowy w średnim wieku stali przy noszach.

A kapitan Pierre podszedł do tłumu na pół żywych ze śmiertelnego lęku jeńców.

- Zabierajcie się precz, wy kurwy szatańskie. Dziękujcie panu markizowi...

Szatańskie kurwy nie uwierzyły że darowano im wolność. "Istota Najwyższa" na takie coś im nie pozwalała. Ale kapitan Pierre dał do zrozumienia, że ta "istota" przegrała.

- Szybko mi, gnoje. Inaczej...

W oczach starego kapitana było coś takiego że całe pokonane stado "istoty" pobiegło precz. Upadając, plącząc się, na chwiejących nogach.

Kapitan podszedł do noszy.

- Rozkaz wykonano, Wasza Światłość...

I rozpłakał się.

1 kwietnia 1794 r.

Paryż, Île de la Cité,

więzienie La Conciergerie

W tym zabytkowym zamku królewskim, którego historia sięga 508 roku, czasów monarchy Chlodwiga I, i który od 1391 roku oficjalnie pełnił rolę więzienia, nigdy nie było równości w traktowaniu więźniów. Status, bogactwo, związki od licznych wieków, grały tu kiedyś nie mniejszą rolę niż teraz za tymi masywnymi kratami i grubymi zamkowymi murami.

Warunki pobytu więźniów w tym zamku całkowicie zależały od ich majętności i statusu. Najbogatsi mieli prawo do celi pojedynczej, z łóżkiem i stołem, co pozwalało im czytać i pisać. Mniej bogaci mogli opłacić celę z najprostszymi meblami, prostym łóżkiem, a czasem nawet ze stołem. Takie cele były nazywane "pistolami", jak złote monety. A kto z więźniów nie miał pełnej kiesy ani odpowiedniego statusu, ci, ot, byli w celach, gdzie zgromadzono dziesiątki ludzi, słoma na kamiennej podłodze zamiast łóżka, ciemności, wilgoć, na ścianach i w słomie legiony pasożytów, wszy były codziennością. To już się nazywało "oubliettes"- loch, czyli miejsce zapomniano przez Boga. Przebywanie w tym zapomnianym miejscu oznaczało wyrok śmierci, nikt tam nie żył długo, śmiertelne choroby bardzo szybko zabijały więźnia bez majątku.

Obecnie wielka rewolucja ogłosiła między innymi "Égalité", ale na porządki w więziennym zamku La Conciergerie to nie wpływało w najmniejszym stopniu. Tylko przywileje udzielane były trochę inaczej: najwyższy status więzienny mieli "ojcowie rewolucji", jakich wiosną 1794 roku tutaj było nie mniej niż w Konwencie. No, i "pistole" nie utracili swojej magicznej siły, widać było że "Istota Najwyższa" była w tym mocno zainteresowana.

Jak zresztą we wszystkim co się odbywało.

Trudno powiedzieć, czy w myślach o tym wszystkim pogrążony był więzień, któremu przydzielono pojedynczą celę z łóżkiem i stołem, na nim paliła się świeca i stał drewniany kałamarz z gęsim piórem. Cela jednak uprzywilejowana.

Jednak to wyraźnie nie cieszyło jej lokatora. Siedział na łóżku ze spuszczoną głowę, zakrył twarz dłońmi, na które opadały długie ciemne włosy, niemalże całkiem je zasłaniając.

Na korytarzu dały się słyszeć kroki, żołnierskie botforty podkute żelazem szarpały kamienną podłogę. Nie były to kroki jednego człowieka, było ich kilku.

Więzień zerwał się z łóżka. Począł się miotać po celi jak mysz w pułapce, chociaż to nie był czas na imprezę Liberté na Placu Rewolucji, gdzie główną rolę odgrywała gilotyna i pierwszekapłan tej wersji Liberté, miejski kat Sanson, który już zdążył odzyskać honorowe przezwisko Wielki.

Teraz była noc, a imprezki Sansona Wielkiego odbywały się generalnie w dzień lub rano. Pomimo to, więzień miotał się po celi w okropnej panice.

Do krat zastępujących drzwi podszedł żołnierz strażnik, prowadził jakiegoś grubego,nieogolonego mężczyznę o szerokiej twarzy z krótkim kartoflowatym nosem,małymi oczętami i wąskimi wargami. Zobaczywszy tego człowieka, więzień przestał przemierzać bezładnie celę, i ze zdumienia zastygł w miejscu.

- No?! Czego czekasz, baranie gaskoński jeden?! Otwieraj już do cholery! Czy nie zapłacono ci, pies cię ruchał?!

Na ten okrzyk grubasa strażnik odezwał się z charakterystycznym akcentem, typowym dla mieszkańca prowincji Gascogne.

- Chwilę, chwilę, obywatelu Danton, wszystko jak uzgodniono.

Otworzył zaporę krat wielkim miedzianym kluczem, wpuścił do celi obywatela Dantona. Znowu zazgrzytał kluczem, zamykając kraty. I odszedł, uderzając podkowami żołnierskich czarnych skórzanych botfortów o zabytkową kamienną podłogę.

- Co stoisz jak słup, bracie czcigodny?! No? Witaj, Camille!

Gruby wyjął spod szerokiej, niegdyś zapewne białej koszuli z holenderskiego płótna butelkę i zawiniętą w papier słoninę, zawczasu pokrojoną na plastry, oraz kilka kawałków chleba.

- Siadaj już, ośle jeden! Niech ci się zdaje że to posiedzenie loży! Ha ha ha ha!!!

Gromki rechot grubego obywatela Dantona przywrócił lokatorowi elitarnej celi dar mówienia.